Edukacja domowa



Nauczanie domowe najlepiej zaczynać od malutkich dzieci?

Im szybciej jest to wprowadzone, tym bardziej jest naturalne. Rodzice często boją się, że nie poradzą sobie z materiałem, a tymczasem nawet się nie zauważa, kiedy wchodzimy w zakres programu podstawówki. Wszystko dzieje się naturalnie: kiedy jesteś z dzieckiem trzy, czy czteromiesięcznym, to uczysz je rzeczy na jego poziomie. Pokazujesz mu świat, tak, żeby było w stanie go odbierać, dajesz do dotykania różne faktury, później mówisz słowa, które dziecko powtarza, ucząc chodzić- chodzisz obok, uczysz załatwiania potrzeb fizjologicznych, czytasz książki, odpowiadasz na pytania, uczysz czytać, a później pisać, liczyć, dodawać, razem rysujecie, kleicie, wycinacie, śpiewacie piosenki i ich słuchacie. Przeglądasz podręcznik i rysujecie ciało człowieka, nazywając poszczególne elementy, oglądacie „Było sobie życie” i opowiadacie o tym robiąc swoją planszę itp. Dziecko jest w stanie coraz więcej zrozumieć, więc i Ty mówisz coraz więcej. W pewnym momencie zamiast brać książkę do kolorowania bierzesz podręcznik i dziecko nie wie, że to jest podręcznik szkolny i że zaczynamy się uczyć, tylko po prostu przeglądacie tamte tematy. Uczenie jest na tyle naturalnym procesem, że się dzieje tak naprawdę bez wiedzy o tym, że teraz wchodzimy w zakres klasy trzeciej czy czwartej. Niektóre dzieci uczone systemem edukacji domowej mają problem odpowiedzieć na pytanie do której klasy chodzą.

Aktualnie uczysz w domu czwórkę dzieci, myślisz, że ten system może się sprawdzić także w wypadku jedynaków?

Może się sprawdzić, ale bez wątpienia będzie trudniej. Zazwyczaj w edukacji domowej są właśnie rodziny wielodzietne. U nas, w Skoczowie, ludzie często się dziwią, że mamy sześcioro dzieci, natomiast jak naszym „minibusem” ośmioosobowym jedziemy na sesję egzaminacyjną, to na parkingu okazuje się, że obok nas stoi inny minibus, dalej kolejny i tam nikogo nie dziwi, że ktoś ma tyle dzieci. W rodzinie wielodzietnej dzieciaki uczą się od siebie nawzajem wielu rzeczy, dlatego uważam, że jest łatwiej prowadzić taki system, aniżeli przy jednym dziecku. Bardzo często podczas wspólnych posiłków wychodzą nam spontanicznie różne ciekawe zagadnienia edukacyjne. Niedawno przy śniadaniu zaczęła się rozmowa o tym, że nasza najmłodsza córeczka, Marysia, bardzo urosła i tak się wywiązała w zasadzie długa lekcja „biochemfiz” w trakcie która poruszaliśmy tematy z biologii, chemii i fizyki. Zaczęliśmy od podziałów mitotycznych i mejotycznych i przeanalizowaliśmy pół świata. Bardzo dużo pracy w edukację naszej rodziny, wkłada mój mąż, który ma niesamowitą wiedzę i podręcznikową i niepodręcznikową. Potrafi opowiadać z niezwykłą pasją bez względu na to, gdzie się aktualnie znajdujemy.

W waszej rodzinie nietypowo wyglądają czwartki prawda?

Czwartki dzieci spędzają z dziadkiem, który po nich przyjeżdża, zabiera je do siebie i uczy religii, to znaczy czytają Biblię i o niej rozmawiają. Razem też gotują obiad sprzątają dom i pomagają w pracach na polu. Wcześniej, jak babcia jeszcze żyła, uczyła ich różnych robótek ręcznych i historii. Przy okazji wspólnego siedzenia i np. zdobienia pisanek, opowiadała o losach królów panujących w naszym kraju. Dziadek też od czasu do czasu zabiera nasze córki do operetki i na różne koncerty. Muszę przyznać, że nasze dzieci mają niezwykle fantastycznych dziadków i babcię. Moi rodzice natomiast dbają o rozwijanie zainteresowań literackich naszych pociech, kupując coraz to nowsze książki i przeprowadzają wspólne rozmowy o losach bohaterów. Babcia jest nauczycielką języka polskiego i gdy mamy jakiś kłopot związany z tym przedmiotem, służy wiedzą, doświadczeniem i materiałami edukacyjnymi. Dzieci jeżdżą też na wakacje z dziadkami i spędzają wtedy z nimi mnóstwo czasu.



Jak w praktyce wyglądają relacje rówieśnicze dzieciaków. Udało się im zbudować znajomości, przyjaźnie?

Jeśli dzieci chodzą do szkoły i chciałyby się spotkać po lekcjach, każde z nich musi mieć odrobione zadanie domowe i przyswojony materiał. U nas kiedy dzieci chcą się spotkać, muszą tylko dostosować się do kolegów szkolnych, sami nie mają żadnych ograniczeń, gdyż mogą sobie dowolnie organizować czas. Bardzo zaangażowaliśmy się też w trenowanie judo, jest to taka nasza pasja rodzinna. Sport ten uprawia Wojtek, Ewa, Staś, ja (choć z przerwą, gdy urodziłam Marysię) i mój mąż. Zaczęło się od dzieci, a wciągnęło nas wszystkich. Niedawno Ewa zdobyła tytuł brązowej medalistki mistrzostw Polski. Zajmuje nam to sporo czasu, gdyż dzieci mają treningi trzy razy w tygodniu i do tego dochodzi czwarty trening na siłowni. Bardzo często, niekiedy nawet co tydzień, jeździmy na zawody, w trakcie których dzieci wraz ze swoimi kolegami i koleżankami spędzają cały dzień. Siłą rzeczy wśród dzieciaków utworzyła się grupa przyjaciół, co objawia się chociażby tym, że co jakiś czas nocują u siebie, umawiają na wspólne popołudnia podczas ferii, wakacji lub wolnych weekendów. Mają wspólną pasję, więc nie było możliwości, żeby się nie zaprzyjaźnili.

Do tego nasze dzieci są harcerzami. Staś trafił do drużyny harcerskiej będąc w wieku jeszcze zuchowym, z tego względu, że zbiórki dla niego przeznaczone były o tej samej porze, co trening judo. Odnalazł się w tej drużynie na tyle dobrze, że został wysłany na kurs zastępowych, choć nie miał jeszcze wymaganego wieku. Nie miał żadnego problemu z przyswojeniem wiedzy z kursu, kłopot pojawił się kiedy trzeba było wymyślić i napisać konspekt zbiórki. Staś świetnie poradził sobie ze stworzeniem wspaniałego planu, jednak jeszcze zapominał jak wyglądają niektóre literki w formie pisanej. Co chwilę pytał siostrę, która też była na tym kursie: „Ewka, jak się pisało „P”? Niemniej konspekt napisał, przeczytał książkę „Wilk, który nigdy nie śpi” i zaliczył kurs. Ewa również go zaliczyła i obydwoje zostali zastępowymi i są nimi do dziś. Staś w swoim zastępie do tej pory ma harcerzy starszych od siebie.

Myślę, że jest to też kwestia tego, że dzieciom nikt nigdy nie mówił, że coś jest za trudne, że czegoś nie będziemy teraz robić, że muszą poczekać aż będą starsze. Jeśli natomiast chodzi o te relacje rówieśnicze, to przypomina mi się taka anegdotka o nas, która pojawiła siew trakcie poszukiwania przez druhnę drużynową nowych harcerzy. Po jednej ze zbiórek, druhna poprosiła dzieci, żeby przyprowadziły swoich kolegów i koleżanki. W trakcie tej rozmowy zaznaczyła, że nie mówi do Stasia i Ewy, gdyż oni uczą się w domu, więc nie mają tylu znajomych. Na następnej zbiórce było sześć nowych osób, sami znajomi Ewy i Stasia i większość z nich została w tej drużynie do dziś. Naszą tradycją jest coroczny bal sylwestrowy, na którym my z mężem gramy w planszówki, a w domu jest od 15 do 20 dzieci. Absolutnie więc na brak kontaktów rówieśniczych nie narzekamy. Dzieci są otwarte na kontakty, nie tylko z rówieśnikami, ale w ogóle z ludźmi. Następną rzeczą, którą zrozumiałam dzięki edukacji domowej jest to, że szkoła nie jest żadnym mikroświatem. Uważam, że trudne sytuacje, które mogą się dzieciom przydarzyć w szkole wcale nie uodpornią ich na inne trudne sytuacje z którymi mogą zetknąć się w dorosłym życiu. Kiedyś w szkole podstawowej kolega ukradł mi nowy, śliczny długopis. Ta przykra sytuacja wcale nie nauczyła mnie jak radzić sobie ze stratą cennego przedmiotu w późniejszych latach. Na złe, nieetyczne zachowania ludzi, nie da się uodpornić.

W szkole dzieci socjalizują się same, bez żadnych wzorców. Dopiero w domu jesteśmy w stanie przekazać dzieciom wartości, nauczyć asertywności, posiadania i bronienia własnego zdania, bycia uprzejmym ale nie zatracając siebie. Uczymy ich rozumienia własnych potrzeb i słuchania pragnień oraz tego, by potrafili słuchać innych i byli wrażliwi na ich potrzeby. Dopiero z takimi umiejętnościami, człowiek poradzi sobie w dorosłym świecie. Poza tym dzieci mają bardzo dużo wyjazdów, szczególnie podczas wakacji. Wtedy mogą swoje umiejętności społeczne sprawdzać w praktyce. Dzieci jeżdżą co roku na dwutygodniowy obóz judo, na obóz skrzypcowy, obóz harcerski, na biwaki z drużyną. Kasia wyjeżdża na trzytygodniowe rekolekcje. Naprawdę, momentów socjalizacji bez rodziców jest dużo. Wspaniałą możliwość integracji z innymi rodzinami, które także działają w ramach edukacji domowej jest natomiast tygodniowa sesja egzaminacyjna. W tym czasie, jak już mówiłam, korzystamy z możliwości noclegu na miejscu, a więc także wspólnie spędzamy czas.

Macie ferie i wakacje?

Ferie u nas wyglądają tak, że dzieci jadą na dwutygodniowy obóz judo do Żywca, gdzie ciężko trenują. Nasz czas odpoczynku od nauki jest też w grudniu, kiedy to zabieramy się całą rodziną za pieczenie ciasteczek, dekorowanie domu, śpiewanie i granie kolęd, szyjemy świąteczne skrzaty, wieńce, choinki, wspólnie ustalamy świąteczne menu i gotujemy. Wtedy nie mamy czasu na naukę. Natomiast w wakacje dzieci też bardzo dużo wyjeżdżają, więc oczywiście też się nie uczymy. W tamtym roku dzieci miały egzaminy zakończone już w marcu, więc o prawdziwych wakacjach mogliśmy mówić od marca do września, natomiast nie jest tak, że wtedy się nie uczymy. Taka naturalna nauka, tylko że bez podręcznika, odbywa się u nas przez cały czas. Ciągle coś nas interesuje, ciągle zerkamy do internetu. To jest ten najfajniejszy czas, kiedy nie ciąży nad nami presja tego, że coś musimy opanować, że trzeba to będzie powtórzyć nauczycielowi, tylko po prostu pogłębiamy swoją wiedzę dla siebie.

Spotkaliście się z negatywnym odbiorem tego, że dzieci nie chodzą do szkoły?

Nigdy mnie to nie spotkało, może dlatego, że rzadko chodzę gdzieś sama, zawsze towarzyszą mi dzieci. Jak ludzie poznają naszych „łobuzów”, widzą ich otwartość, łatwość w nawiązywaniu relacji zarówno z rówieśnikami, jak i z dorosłymi, to główny argument dotyczący braku możliwości do nauki współżycia z innymi, w zasadzie odpada. Spotykam się natomiast z pytaniami: jak wy to robicie? Jak dajecie radę? Jednak z negatywnym odbiorem nigdy. Na samym początku, kiedy powiedzieliśmy w gronie najbliższych, że będziemy sami uczyć nasze dzieci, to spotkaliśmy się z przerażeniem, szczególnie w oczach moich rodziców, ale nie krytykowali tej decyzji. Wiedzieli, że z mężem jesteśmy szaleni, ale zawsze postępujemy odpowiedzialnie, więc na pewno dzieci nie skrzywdzimy. Przez pierwszy rok bacznie się przyglądali, nie pochwalali, nie krytykowali, czekali na efekty. Po pierwszych egzaminach, kiedy dzieci przyjechały z bardzo wysoką średnią otrzymanych ocen i dziadkowie zobaczyli, jak opowiadają o tym, czego się nauczyły, pokazywały projekty i mieli w sobie tyle zapału i planów edukacyjnych na następny rok, stwierdzili, że to rzeczywiście była dobra decyzja.

Z perspektywy tych kilku lat nie żałujesz, że zdecydowaliście się na edukację domową?

Jedyne, czego żałuję, to tego, że zdecydowaliśmy się tak późno, przez co nasz najstarszy syn, Rafał, nie mógł już skorzystać z naszego systemu. Obserwując dzieci zauważyłam, że nie boją się wyzwań. Zdają sobie sprawę z tego, że każda wiedza jest dostępna, jej zrozumienie jest możliwe i, że człowiek może absolutnie wszystko, jeśli tylko czegoś pragnie!

 

Magdalena Tęcza
Mama Rafała, Kasi, Ewy, Staszka, Wojtka i Marysi. Wraz z mężem, Grzegorzem zrezygnowali z tradycyjnej szkoły dla swoich dzieci i zastąpili ją nauczaniem domowym, które z sukcesem prowadzą od lat.

3 Komentarze

  1. ubolewam że nie mogę udostępnić 🙁 za to poczułam iskierkę, że może jednak dobrze myślę, że może dam radę, że może jednak zrezygnuję ze szkoły naszej kończącej pierwszą klasę autystki, z przedszkola już zrezygnowałam u młodszej, z roczniakiem wszystko przed nami… myślę od pół roku i się boję, a czuję że chyba dałabym radę… ze to lepsze… tylko te stereotypy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*