Edukacja domowa



Obowiązek edukacyjny dotyczy wszystkich dzieci, co nie oznacza jednak, że każde dziecko musi chodzić do szkoły. Jednym z alternatywnych sposobów spełniania obowiązku narzuconego przez władzę, jest edukacja domowa, w ramach której to rodzice odpowiadają za uczenie swoich pociech. Na taki system nauczania zdecydowali się m.in. Magdalena i Grzegorz Tęcza, rodzice Rafała, Kasi, Ewy, Stasia, Wojtka i Marysi, którzy zgodzili się nam opowiedzieć o swojej codzienności.

Jak zaczęła się Wasza przygoda z edukacją domową?

Mój mąż już od dawien dawna namawiał mnie, żebyśmy przejęli obowiązek edukacji naszych dzieci w ramach edukacji domowej, ale ja się cały czas bałam. Teraz już wiem, że moje obawy dotyczyły mitów i stereotypów, których jest dość sporo. Przede wszystkim myślałam, że dzieci stracą relacje rówieśnicze. Wydawało mi się, że szkoła to taki „mikroświat”, w którym wszystkie wydarzenia, kłótnie, nieporozumienia są po to, aby przygotować dzieci na życie w dorosłym świecie. Pewnego dnia znajoma poleciła nam konferencję na Uniwersytecie Śląskim w Cieszynie, która dotyczyła alternatyw uczenia się, w tym właśnie edukacji domowej. Spotkaliśmy tam sporo osób, które już realizują obowiązek edukacyjny właśnie w ten sposób i to oni rozwiali wszystkie moje wątpliwości.

Przede wszystkim kluczowa była rozmowa z jedną mamą, która powiedziała mi że jeśli jestem świadoma tego, jak ważne są kontakty z innymi dziećmi, to ja, jako rodzic, zrobię wszystko, aby moje dzieci ich nie straciły. Jeszcze przed tą konferencją nasze dzieci miały sporo zajęć pozalekcyjnych: trenują judo, mają zajęcia muzyczne – uczą się grać na skrzypcach, są harcerzami. W naszym domu zaczęła się wówczas jedna wielka gonitwa, po lekcjach szybko jechaliśmy na zajęcia, obiad nierzadko był jedzony w samochodzie. Po powrocie, zmęczeni siadaliśmy do odrabiania zadań domowych i przypominania, że na jutro trzeba koniecznie przynieść jakieś materiały, których oczywiście nie mamy aktualnie w domu. Cała sytuacja była dla nas wszystkich ogromnie męcząca i w zasadzie po tej konferencji zdecydowaliśmy, że dzieci zostaną w domu, co one, ku naszemu zdziwieniu, przyjęły z ogromną radością.

Dzięki edukacji domowej macie więcej czasu?

Dokładnie, w którymś momencie miałam poczucie absurdu. Zastanawiałam się nad tym jak to jest urządzone: ja mam rano budzić dzieci, wysyłać je do szkoły, aby uczył je ktoś inny, po czym przyjeżdżać po nie, zawozić na kolejne zajęcia i w zasadzie w ogóle nie spędzać z nimi czasu, a przecież to wszystko może wyglądać inaczej. Mogę je obudzić trochę później, możemy razem się uczyć, zrobić obiad, razem posprzątać, razem pojechać na zajęcia i wszystko w spokoju. Wysyłając dzieci do szkoły i tak po powrocie niejednokrotnie przerabiałam z nimi materiał po raz kolejny. Dzieci spędzają w szkole bardzo dużo czasu. Jak my, jako rodzice mamy je wychowywać, jeżeli przychodzą one po południu, spędzamy z nimi dosłownie kilka chwil. Nauczyciele natomiast twierdzą, że ich zadaniem nie jest wychowywanie naszych dzieci, bo od tego jest dom. Tak naprawdę w dzisiejszych czasach jest wielki problem aby przekazać dzieciom wartości. Nie wiadomo bowiem, kto i kiedy ma je przekazywać. To właśnie była chyba największa siła, która nas pchała do tej decyzji.

Chcemy znać nasze dzieci, chcemy mieć na nie wpływ, chcemy je naprawdę wychowywać i chcemy brać za to pełną odpowiedzialność. Zrozumiałam też, że nigdy już w przyszłości, żaden człowiek nie spotka się z taką nienaturalną sytuacją, z jaką muszą się mierzyć dzieci w szkole. Tam bowiem czynnikiem według którego dzieleni są na grupy, jest wiek zawężony do danego rocznika. Dzieci te często nie mają ze sobą nic więcej wspólnego, poza tym, że urodziły się w tym samym roku. Już w późniejszym życiu nigdy taka sytuacja nie ma miejsca, idziemy do pracy, gdzie możemy spotkać młodszego od siebie szefa lub starszego podwładnego. Nasi współpracownicy także są w różnym wieku. Poza szkołą, ludzie naturalnie dobierają się na zasadzie podobieństwa charakterów, wspólnych zainteresowań, pasji, nie wieku. Podział szkolny jest odgórny i całkiem nienaturalny. Nie przygotowuje nas do przyszłego życia, skoro nie będziemy mieli już z takim systemem styczności.

Nie jest więc tak, że jesteście przeciwnikami szkoły?

Absolutnie nie. Chciałabym zaznaczyć, że to nie jest tak, że my uważamy, że nauczyciele nie potrafią niczego w szkole wytłumaczyć, że nauczyciele są nieporadni. Ja sama jestem z wykształcenia nauczycielem, też pracowałam w szkole. Z doświadczenie więc wiem, że system szkolny jest tak skonstruowany, że przez 45 minut lekcji ciężko jest wytłumaczyć materiał całej klasie, dzieciom na różnym poziomie zaawansowania i możliwości intelektualnych tak, aby po pierwsze: każdy był zainteresowany, a po drugie: żeby każdy coś z tego zrozumiał. My, a w zasadzie nasze dzieci, miały szczęście, że trafiły na naprawdę dobrych nauczycieli, z pasją i zaangażowaniem, niemniej doszliśmy do wniosku że system edukacji domowej będzie dla nich lepszy. W szkole „ciekawski” uczeń nie jest w stanie zaspokoić swojej potrzeby zdobycia wiedzy.

Nauczyciel jest rozliczany z nauczenia tego, co jest zawarte w podstawie programowej, przy przeznaczonej na to liczbie godzin. Nie może pozwolić sobie na ciągłe dygresje, bądź zmiany tematu. To znów doprowadza do tego, że dzieci tracą naturalną ciekawość, zadziwienie światem. Nauczyciel przestaje być dla nich mentorem, osobą motywującą do zdobywania wiedzy. Jest kimś, kto musi przekazać określoną wiedzę w odpowiednim czasie, nawet jeśli akurat wtedy, uczeń jest zainteresowany innymi tematami. To system nauczania, nie nauczyciele, jest niedostosowany do tego w jaki sposób uczy się dziecko. Władza wymyśliła sztuczny podział: wszyscy w klasie piątej szkoły podstawowej, na lekcji przyrody, mają uczyć się jak zbudowane jest ciało ludzkie. Jeśli kogoś interesuje to w klasie czwartej, musi poczekać, zarzucimy go nudnymi dla niego informacjami, a w klasie piątej, kiedy zapomni już, że coś go interesowało, będzie musiał się tego nauczyć na pamięć i napisać kilka sprawdzianów. Musi to być frustrujące również dla nauczycieli.

Zdecydowaliście się na edukację domową, w momencie, kiedy część dzieci chodziła już do szkoły?

Tak, najpierw ze szkoły zabraliśmy Ewę, która zaczynała wtedy czwartą klasę i Stasia, który zaczynał drugą klasę. Natomiast po roku, kiedy wróciliśmy z pierwszych egzaminów, Kasia, (która wtedy miała iść do trzeciej klasy gimnazjum) stwierdziła, że ona też chce uczyć się w domu. Ja byłam tym przerażona: w końcu trzecia klasa gimnazjum to już wyższy poziom nauki niż w edukacji początkowej. Mój maż znów nie miał żadnych wątpliwości, więc się zgodziliśmy i z perspektywy czasu uważam, że to była najlepsza decyzja, jaką mogliśmy podjąć. Kasia skończyła gimnazjum, pierwszą klasę liceum i teraz jest w drugiej klasie w ramach edukacji domowej. W międzyczasie dołączył do nas także Wojtek, który teraz jest w drugiej klasie szkoły podstawowej. On nigdy nie był w szkole. Nasza najmłodsza córcia, Marysia, która teraz ma dziesięć miesięcy, też raczej szkoły nie pozna, chyba że będzie chciała.

Co trzeba zrobić, żeby móc dzieci uczyć w systemie edukacji domowej?

Pierwszym miejscem do którego trzeba się udać jest poradnia psychologiczno – pedagogiczna. Tam trzeba poprosić o opinię dotyczącą mocnych i słabych stron dziecka, które chce spełnić obowiązek szkolny poza szkołą. Po badaniach, które mają być wskazówką dla rodzica jak pracować z dzieckiem (często mamy w tej opinii określone czy dziecko jest słuchowcem czy wzrokowcem, jakie ćwiczenia powinniśmy z nim wykonywać), musimy udać się do szkoły, w której chcielibyśmy, aby nasze dziecko ten obowiązek szkolny realizowało, czyli do szkoły, w której nasza pociecha będzie zdawać egzaminy. Bardzo ważne jest, żeby zastanowić się, jaka to powinna być szkoła i przemyśleć, na czym nam zależy, czego od takiej szkoły oczekujemy. Warto podzwonić do różnych szkół, różnych dyrektorów i zapytać co ich szkoła jest w stanie nam dać w zamian za to, że będziemy u nich spełniać obowiązek szkolny. Bardzo ważne jest, aby dowiedzieć się dokładnie, jak ma wyglądać egzamin, czy przysługują nam konsultacje z nauczycielami, warsztaty itp. Kiedy już wszystko ustalimy i wybierzemy szkołę, wtedy składamy wszystkie potrzebne dokumenty do tej właśnie placówki i czekamy na odpowiedź dyrektora. Jeśli uzyskamy zgodę, pozostaje już tylko i wyłącznie zorganizowanie sobie życia.

Aby uczyć dzieci w domu rodzic musi mieć skończone np. studia pedagogiczne?

Nie. Na szczęście w Polsce jest tak, że każdy rodzic ma prawo wziąć w pełni odpowiedzialność za swoje dziecko. Czy ten rodzic będzie dziecko posyłał do nauczycieli, czy zatrudni sobie z każdego przedmiotu nauczyciela, który będzie przychodził do domu i uczył dziecko, czy też będzie sam przekazywał treści podstawy programowej lub powie dziecku „Ty się ucz”, to władzy naszego państwa nie interesuje. Ważne jest, aby dziecko zaliczyło podstawę programową na koniec roku i uzyskało zaliczenie czyli pozytywne oceny wpisane na świadectwo szkolne.

Chcąc uczyć dziecko w domu, możemy wybrać szkołę do której chodziłoby w powszechnym systemie?

Każda szkoła ma prawo przyjąć dziecko do edukacji domowej. Ma prawo, gdyż dyrektor może się na to nie zgodzić i nawet nie musi podawać jakiś konkretnych powodów. W szkołach publicznych tak naprawdę uczeń w edukacji domowej jest problemem, gdyż na lekcje nie chodzi, a trzeba mu zorganizować egzamin. Każde dziecko uczące się w systemie edukacji domowej uzyskuje bowiem świadectwo, na którym ocenami końcoworocznymi są te zdobyte na egzaminie, który musi być przeprowadzony w formie pisemnej i ustnej. Często dyrektorzy i nauczyciele szkół publicznych nie wiedzą jak rozmawiać z takim uczniem, jak szczegółowo sprawdzać jego wiedzę.

W tej chwili ilość uczniów w edukacji domowej stanowi około 0.5 proc. (a może i mniej) wszystkich dzieci objętych obowiązkiem edukacyjnym, jest to więc zjawisko na tyle małe, że dyrektorzy często nie wiedzą dokładnie, jak powinien wyglądać taki egzamin, jakie warunki trzeba spełniać, tak więc rzadko kiedy się godzą. Uważają to za wymysł i bezsensowny bunt rodzica oraz są przekonani o prawdziwości krążących mitów, uważają, że tacy rodzice krzywdzą swoje dzieci. Bywa np. tak, że dyrektorowi wydaje się, że dziecko powinno napisać każdy sprawdzian, który jest w szkole, więc uczeń przychodząc na egzamin dostaje dwanaście sprawdzianów do napisania, co jest absolutnym bezsensem. Żadne dziecko nie jest w stanie na tak długo skupić swojej uwagi.

Jest natomiast sporo szkół, które są przyjazne tej formie nauczania. Są to szkoły, w których dyrektor i nauczyciele naprawdę wiedzą, jak taki egzamin przeprowadzić, mają rozbudowaną sieć pomocy dla rodziców, konsultacji z rodzicami, warsztatów dla rodziców, obozów dla dzieci z edukacji domowej. Egzaminy w tych szkołach przebiegają w bardzo przyjaznej atmosferze, dziecko nie czuje się tam, jakby miało udowadniać, że z mamą uczyło się przez cały rok, tylko przyjeżdża aby napisać egzamin całoroczny, bo takie są wymogi państwowe. Szkoła, do której my należymy to szkoła w Koszarawie Bystrej, która skupia sporą ilość dzieci w edukacji domowej, co daje nam to możliwość wymiany doświadczeń.

Nie jest więc tak, że dzieci muszą przynależeć do szkoły zgodnie z miejscem zamieszkania?

Absolutnie nie. Dotychczas było tak, że rodzice mieli prawo wybrać jakąkolwiek szkołę na terenie całego państwa. W tym roku weszły w życie nowe przepisy, które wprowadzają rejonizację ograniczoną do województwa, w którym zamieszkujemy. My wybierając placówkę szukaliśmy takiej, która będzie doświadczona w temacie edukacji domowej. Nie zależało nam na tym, żeby ta szkoła była blisko. Na egzamin możemy dojechać, a w tej chwili szkoła w Koszarawie ma rewelacyjnie działającą platformę internetową. Możemy się zapisywać na różne kursy, dzieci mogą się spotkać w danych godzinach z nauczycielem, który wysyła dodatkowe zadania oraz je sprawdza. Zależało nam też na kontakcie z innymi rodzicami, którzy wybrali ten sam sposób nauczania dzieci, co my.

W Koszarawie jest tak, że możemy egzaminy zdawać przez cały rok umawiając się z danym nauczycielem. Od marca są natomiast wyznaczone tygodnie sesji egzaminacyjnych. Wtedy wybieramy sobie termin, który nam odpowiada, zgłaszamy do sekretariatu szkoły przedmioty, z których wyrażamy chęć zdania egzaminów w tym tygodniu. Możemy skorzystać wtedy z darmowych noclegów. Jest to niezwykły dla nas czas, gdyż spotykamy się z innymi rodzinami, wieczorami dzieci wspólnie się bawią, grają w gry planszowe, spacerujemy. Mamy do dyspozycji w pełni wyposażoną kuchnię, w której możemy przygotowywać ciepłe posiłki i naprawdę ładne pokoje.

Jak wygląda nauka w edukacji domowej?

Każda rodzina żyjąca w ten sposób, opracowuje swój model uczenia dzieci. Nam najbardziej odpowiada system blokowego uczenia się. Uczymy się kilku przedmiotów, jedziemy na egzamin i dopiero po zdanym egzaminie uczymy się czegoś innego. Jest to szczególnie dobre w starszych klasach, kiedy przedmiotów jest już naprawdę dużo i nie ma wręcz możliwości, aby wszystkie zdać w przeciągu tego jednego tygodnia sesji. Niemniej jak już mówiłam, jest wiele sposobów na uczenie się. My lubimy system blokowy, ktoś inny lubi uczyć się wszystkiego naraz, są osoby, które propagują tzw. unschooling, czyli podążanie za dzieckiem, w którym podstawa programowa jest tylko dodatkiem. Taki rodzic nie wymusza na dziecku momentu, w którym przez określoną ilość czasu siedzi przy stole i liczy czy pisze, tylko po prostu dziecko się bawi, a rodzic obserwuje w którym kierunku idą jego zainteresowania, podąża za tym i to rozwija.

Nasz syn Wojtek kocha zwierzęta. Czyta mnóstwo książek na ten temat. Wykorzystuję tę pasję do tego, aby przekazać inne wiadomości. Robimy mapę świata i umieszczamy zwierzęta na kontynentach na których żyją, omawiamy klimat panujący na tych obszarach, piszemy nazwy krajów i zwierząt oraz roślin, które są pożywieniem (ćwiczymy wtedy pismo). Zadania matematyczne są związane z liczeniem potomstwa słoni, żyraf czy niedźwiedzi, mnożymy, dzielimy, dodajemy i odejmujemy przy tym. Czasem Wojtek znajduje list od jakiegoś podróżnika (pisany ręką mamy), w którym człowiek ten opisuje jakąś swoją wyprawę, spotkanie z dzikim zwierzęciem i podaje szereg zadań do wykonania dla Wojtka. Trzeba rozwiązać jakieś przykłady matematyczne, narysować coś czy ulepić z plasteliny zwracając uwagę na szczegóły związane z budową jakiegoś zwierzęcia lub kraju. Zadania te mają pomóc podróżnikowi w jego następnej wyprawie. Wojtek musi też odpisać na list, opisać kraj, który będzie zwiedzany w następnej kolejności. On to bardzo lubi, zadania wykonuje sam, przez co uczy się działania samodzielnego, podsumowuje zdobyte już wiadomości i uczy się poszukiwania nowej, potrzebnej wiedzy.

Z naszego doświadczenia wynika, że to się sprawdza w nauczaniu początkowym, jednak w czwartej klasie, kiedy przychodzą kolejne przedmioty, kiedy jest konkretny egzamin z konkretnej wiedzy, nie można już sobie na to całkowicie pozwolić. Jednak elementy unschoolingu towarzyszą nam cały czas, bez względu na wiek dziecka.

Na kolejnej stronie wywiadu przeczytasz m. in.:

  • Jak wyglądają egzaminy w edukacji domowej?
  • Co z egzaminami, maturą czy ocenami uczniów?
  • Jak organizacyjnie wygląda nauka w rodzinie państwa Tęcza?
Magdalena Tęcza
Mama Rafała, Kasi, Ewy, Staszka, Wojtka i Marysi. Wraz z mężem, Grzegorzem zrezygnowali z tradycyjnej szkoły dla swoich dzieci i zastąpili ją nauczaniem domowym, które z sukcesem prowadzą od lat.

3 Komentarze

  1. ubolewam że nie mogę udostępnić 🙁 za to poczułam iskierkę, że może jednak dobrze myślę, że może dam radę, że może jednak zrezygnuję ze szkoły naszej kończącej pierwszą klasę autystki, z przedszkola już zrezygnowałam u młodszej, z roczniakiem wszystko przed nami… myślę od pół roku i się boję, a czuję że chyba dałabym radę… ze to lepsze… tylko te stereotypy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*